Articles, Kultura

Czas, ciało, świadomość, uważność i rytuały, czyli „Slow sex. Uwolnij miłość”

by Michał Koszek, zdjęcia: Ola Walków
21 people like it
Do you?

Czy sex w duchu slow jest możliwy? Marta Niedźwiecka – pierwsza w Polsce certyfikowana sex coach i Hanna Rydlewska – redaktorka naczelna weekendowego magazynu Gazeta.pl przekonują, że tak. 27 stycznia, w warszawskim barze Pies Czy Suka, będzie miała miejsca premiera ich książki „Slow sex. Uwolnij miłość”. Rozmawialiśmy z Martą i Hanią, kiedy były jeszcze na etapie jej tworzenia.

Kiedy o slow seksie zaczęto w ogóle mówić?

Marta Niedźwiecka: Wystartował w 1992 r., oczywiście we Włoszech. Jednak długo poszukiwano formuły, która pomogłaby dostosować seks do rytmu slow. Z czasem coraz silniejsze stały się inspiracje wschodnie, konkretnie tantryczne. Dlatego slow sex w znacznej mierze opiera się na uproszczonych pomysłach zaczerpniętych z tej starohinduskiej szkoły miłości.

Hanna Rydlewska: Co ważne, Marta jest ekspertem, a ja pytającym sceptykiem. Koncepcje zaczerpnięte z filozofii Wschodu są mi raczej obcej. Czuję się mocno osadzona w europejskim podejściu do życia i uprawiania seksu. Pierwotnie wyszłam od stereotypów, jakie na hasło slow sex może przytoczyć osoba niesiedząca w tematyce związanej z seksualnością. Na początku myślałam, że slow sex to seks uprawiany wiele godzin…

MN: Obowiązkowo w pozycji lotosu!

HR: Tak, przypominający pogłębioną jogę, wymagający ekstremalnego rozciągnięcia i patrzenia sobie w oczy. Stereotypy i schematy stanowią punkt wyjścia, na szczęście Marta sukcesywnie je rozbija.

Marta Niedźwiecka

Marta Niedźwiecka

O czym rozmawiacie w książce?

HR: Slow sex bazuje na pięciu filarach i to one organizują książkę. Są to czas, ciało, świadomość, uważność i rytuały. Te hasła ogniskują różne tematy, np. rozmawiając o czasie, można skupić się na przeciętnej długości stosunku, ale też na tym, co ma zrobić para z wieloletnim stażem, która doświadczyła seksualnego wygaszenia, a chce wzniecić ogień na nowo. W przypadku ciała można mówić o tym, jak otwierać je na seks i zwiększać jego receptywność, a można dotknąć tematów związanych z samoakceptacją.

MN: Skupiamy się także na wzorcach ciała w kulturze. Tradycyjny, niezamerykanizowany Wschód ma zupełnie inny stosunek do cielesności, niż Zachód. Tam podstawą jest zaufanie do ciała, tak różne od podejścia fundowanego nam przez wielkie religie księgi, które widzą w nim raczej grzech i skazę. W rozdziale o ciele używamy slow sex-u, żeby dekonstruować rzeczywistość. Popatrzeć na własne czucie i rozumienie ciała, ale już z innej perspektywy.

HR: I bez naleciałości – głupich i szkodliwych – z lektur typu „Cosmopolitan”. To właśnie przez ten medialny przekaz, którym jesteśmy od lat karmieni, wyobrażenie o tym, jak możemy pracować nad seksem zazwyczaj kończy się na tandetnych scenariuszach seksualnej randki, typu „Wysmaruj go Nutellą” albo „Chwyć i ściśnij punkt X, a wtedy partner będzie jęczeć”.

MN: Albo „Kup sobie wibrator”. To wszystko nie jest złe, ale nie wyczerpuje tematu.

HR: Dlatego pisanie książki, której centrum jest slow sex, to stąpanie po polu minowym. Po pierwsze – musimy uważać, żeby nie popaść w banały, po drugie, pilnujemy, żeby nie wyszedł z niej poradnik w stylu „Jedz, módl się i kochaj”, po trzecie, zależy nam, żeby w atrakcyjny dla czytelników sposób zaprezentować tematy, które dotyczą nie tylko ciała, ale też kultury, antropologii, filozofii.

Czy pisząc książkę, dowiedziałyście się czegoś nowego o seksie?

MN: Formuła, w której Hania jest wiecznie wątpiącym pragmatykiem i dociska mnie ostrymi pytaniami, powoduje, że wszystkie rzeczy, o których mówię, muszą być pogłębione i przefiltrowane. To bardzo wzmacnia przekaz. Obydwie nauczyłyśmy się przy tej książce pracować wolniej i mieć z tego więcej przyjemności, co oznacza, że przetestowałyśmy slow na samych sobie.

HR: Niech żyje slow journalism! (śmiech)

MN: Po drodze okazało się też, że slow wypuścił kolejną odnogę – slow jogging. W Polsce mocno rozwinęła się inicjatywa slow fashion. Życie potwierdza, że wszystko, co związane ze slow, prężnie się rozwija.

HR: Tyle że zazwyczaj wszystko, co ma w nazwie „slow”, jest skierowane do osób uprzywilejowanych społecznie. Zdrowa żywność i moda odpowiedzialna społecznie to wydatek, na który większość ludzi nie może sobie pozwolić. Dla mnie to ważne, że slow sex zamiast wykluczać, działa wkluczająco. Każdego stać na to, żeby zwrócić uwagę na swoje ciało i życie erotyczne. Nie potrzeba do tego żadnych drogich gadżetów, a raczej cierpliwości i zmiany nastawienia.

Hania Rydlewska

Hania Rydlewska

Czyli zmieniłaś swoje podejście do seksu w duchu slow?

HR: Zmieniłam zdanie pod wpływem tego, co mówiła Marta, ale samo nazewnictwo w dalszym ciągu mnie drażni. Nie lubię anglicyzmów, uważam, że można znaleźć polski zamiennik na określenie tego zjawiska. Boję się też trochę snobizmu, z którym wiążą się te wszystkie „slow” pojęcia, ale kupuję przekaz Marty i jej odwołania do praktyki coachingu – slow seks przekłada się na poprawę jakości życia ludzi, nie tylko seksualnego.

MN: W pewnych sferach slow znajdziemy warstwę snobizmu, przoduje tutaj slow food. Jednak pomysł na zwolnienie tempa życia i ucieczki od rutyny jest uniwersalny. Więcej, uważam, że jest jedną z niewielu sensownych alternatyw dla zachodniej cywilizacji. Wszyscy coraz bardziej przyśpieszamy, ale nie czujemy się od tego coraz szczęśliwsi. Przeciwnie, żyje nam się coraz trudniej. Gdzieś trzeba zatrzymać obłęd technologiczno-informacyjny, presję czasu i zadań. Dla mnie slow jest autentyczny, ponieważ ja go po prostu czuję.

HR: Chodzi też o odchodzenie od neoliberalnych kategorii, w których postrzegamy własne życie i seks, czyli np. produktywność, dążenie na siłę do orgazmu, przekonanie, że dobry seks to tylko ten, który kończy się orgazmem, a także sama ilość tego seksu, którą przedkładamy nad jakość. W koncepcji slow mówimy, żeby uprawiać seks rzadziej, ale w bardziej świadomy sposób.

Wywiad w całości do przeczytania w naszym drukowanym magazynie. Zamawiajcie poprzez formularz http://sezonmag.com/print-edition/ lub szukajcie „Sezonu” w naszych miejscach dystrybucji.