lui, lui store, luiza kubis, concept store, warszawa

Articles

Luiza Kubis – w dniu urodzin odebrałam klucze do Lui

(Przeczytaj po polsku)
Waiting for somebody to like it
Do you?

Luiza zacięcie biznesowe ma w genach. Od najmłodszych lat miała plan na życie i rozwój swojej kariery, jednak dopiero po studiach zdecydowała się otworzyć własny concept store. Dzięki swojej sile i ambicji, jest dziś właścicielką Lui – luksusowego butiku przy Mokotowskiej.

Kiedy zaczęłaś myśleć o otworzeniu concept store’u?
Jeszcze dwa lata temu, gdybyś powiedziała mi, że będę miała butik, nie uwierzyłabym w to, co mówisz. To nie był mój życiowy plan. Kończąc studia na Central Saint Martin’s, nie miałam sprecyzowanego planu na przyszłość. Wiedziałam, że musi być to coś blisko związanego z modą i designem, ponieważ jest to moja pasja. Zawsze wiedziałam, żeby być w czymś dobrym, trzeba robić coś co się kocha. Po studiach spędziłam całe wakacje podróżując. Chodziłam po podobnych butikach. Uwielbiam concept store’y, mogę tam spędzać długie godziny, nawet nic nie kupując, ale oglądając detale, wnętrza. 
 
To w jednym z takich miejsc pojawił się pomysł własnego biznesu?
Zauważyłam, że w Polsce nie ma podobnych concept store’ów. Sa sklepy luksusowe, ale mi zależało na miejscu, które będzie opowiadało swoją historie. Miałam w tym duże wsparcie rodziców. Gdy opowiedziałam im o swoim pomyśle, tata zaczął mnie podbudowywać, powiedział żeby skoczyć na głęboką wodę i spróbować.
 
Nie miałaś zaplecza biznesowego?
W Londynie skończyłam studia na kierunku projektowanie ubioru z dzianiną, szkoliłam się wiec po to, żeby być projektantką, ale to natura biznesowa bardziej dała się u mnie we znaki. Uwielbiam organizować wydarzenia i planować. W ogóle mogę powiedzieć, że lubię rzeczy konkretne. Na początku, nie wiedziałam od czego zacząć, jak zdobyć zaufanie marek. Do wszystkiego musiałam dojść sama. Pojechałam na targi do Paryża, zaczęłam wysyłać maile, powoli zdobywałam zainteresowanie projektantów. 
Dyplom CSM okazał się bardzo pomocny w nawiązywaniu kontaktów. Gdy pisałam, że jestem absolwentką tej uczelni, traktowano mnie jak osobę z branży. Można powiedzieć, że miałam przepustkę. Już w szkole poznałam wielu projektantów, jak Charlotte Simone czy Palmer Harding, którzy kiedyś prowadzili wykłady na CSM. Dużo łatwiej było mi do nich napisać. Pierwszą marką, która mi odpisała, była mniej znana marka biżuteryjna. Wykorzystałam to potem, gdy pisałam do kolejnych marek. To była reakcja łańcuchowa. 
 
Na jakiej marce zależało ci najbardziej?
Phillipie Limie. Bardzo lubię tę markę, ale długo nie otrzymywałam odpowiedzi na moje maile. Będąc w Paryżu, poszłam do showroomu i opowiedziałam o Lui. Tak udało nam się nawiązać współpracę. Po tym jak powstał butik, mogłam pokazywać na targach zdjęcia wnętrz, było łatwiej.
 
Dlaczego zdecydowałaś się wrócić do Polski?
Po siedmiu latach mieszkania za granicą, głównie w Londynie i Paryżu, poczułam tęsknotę za krajem. Kiedyś myślałam, że będę business woman, robiącą karierę za granicą. Jednak im byłam starsza, tym zauważałam, że ważniejsza jest dla mnie rodzina i chcę mieszkać w Polsce. Nie jestem z Warszawy, więc przeprowadzka tutaj też była dla mnie czymś nowym. Szybko się tu zadomowiłam, to miasto dorównuje innym zagranicznym stolicom, a przy tym pozostaje w domowym klimacie. Na początku nie znałam nikogo, zaczynałam więc z czystą kartą. Ale teraz widzę, że to dodało mi pewności siebie. Chciałam, żeby ludzie oceniali to, co stworzyłam, a nie mnie.
 
Zdecydowałaś się otworzyć Lui w Warszawie.
Na początku miałam się przeprowadzić i na spokojnie poszukać miejsca. Przeprowadziłam się do Warszawy w październiku, a już w listopadzie okazało się, że ten lokal się zwalnia. Oglądałam butiki na wszystkich znanych ulicach. Chciałam, żeby to było miejsce rozpoznawalne. Gdy weszłam do lokalu na Mokotowskiej, zobaczyłam w nim potencjał. W moje urodziny, czyli 31 stycznia, przejęłam klucze. 
 
Projekt wnętrza też przygotowałaś sama?
Projekt wnętrza stworzył Gustaw Dmowski oraz Mateusz Tański, jednak ja dokładnie wiedziałam czego chcę. Od lat kocham połączenie pudrowego różu, bordo i granatu, są to kolory które przewijają się w moich pracach ze studiów. Gdy maluję, również często używam tych kolorów. Włożyłam bardzo dużo pracy i energii w przygotowanie Lui. Przez to traktuje to miejsce emocjonalnie. Przyjeżdżam do butiku codziennie, nawet na chwilę. Lubię tu spędzać czas, rozmawiać z klientkami, opowiadać o markach, które mamy.
 
Lui istnieje już dwa lata. Jak było na początku?
Pierwszy rok był dla mnie trudny, sprzedaż słabo szła. Ludzie chwalili wnętrza, przychodzili zobaczyć butik, ale nie kupowali ubrań. Musiałam poznać klientki, zobaczyć czego oczekują. Zebrałam więcej marek, ale też obserwowałam. Jeśli jakaś firma się nie sprzedawała, to z niej rezygnowałam. Zauważyłam też, że klientki Lui nie kupują masowo, cenią sobie klasę ubrań i ponadczasowość. Nie boją się ryzyka i jak jakaś marka im się spodoba, to chętnie po nią wracają. 
 
Staram się zamawiać zarówno klasyczne, jak i odważne ubrania. Lubię marki, które nie mają sezonów, jak Rixo. W Lui znajdziesz zarówno szary garnitur, jak i sukienkę w cekiny. Mamy za to szalone akcesoria i buty. Tego nigdy za wiele w kobiecej garderobie.
 
W Lui można kupić limitowane serie autorskich
 dodatków.
Projektuję biżuterię, opaski i berety. Na razie nie decyduję się na własną markę odzieżową, nie chcę robić czegoś nieprzemyślanie. Zdaję sobie sprawę, że moda to duże przedsięwzięcie. Przez dwa lata nauczyłam się mnóstwa rzeczy, żadna praca by mi tego nie dała. Mam kilka pomysłów na to, jak rozwinąć Lui. Nie chcę ograniczać się tylko do sprzedaży ubrań.
 
https://lui-store.com
View this post on Instagram

SHOP at www.lui-store.com ✨

A post shared by L u i S t o r e (@lui.store.warsaw) on