Kultura

Ola Niepsuj: Łódź, Warszawa i Miami

by Małgorzata Mitura
5 people like it
Do you?

„Władysław Strzemiński, Stefan Wegner i Roman Modzelewski to moi mistrzowie”, mówi Ola Niepsuj, pochodząca z Łodzi ilustratorka. Ola nie tylko ilustruje i projektuje, ale także prowadzi warsztaty, organizuje wystawy i współpracuje z dużymi markami, takimi jak Pan tu nie stał. Ostatnio swoimi pracami zilustrowała kryminał Charlesa Willeforda „Miami Blues”.

Pochodzisz z Łodzi, ale teraz żyjesz i tworzysz w Warszawie. Co sprawiło, że zdecydowałaś się przenieść do stolicy?

Urodziłam się w Łodzi i tam studiowałam. Wybór uczelni był jednak nieprzypadkowy – postanowiłam studiować na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi ze względu na wciąż żywą, fascynującą tradycję konstruktywistycznej koncepcji dydaktycznej założycieli szkoły: Władysława Strzemińskiego, Stefana Wegnera czy Romana Modzelewskiego. To moi mistrzowie.

Po dyplomie w łódzkiej ASP zaczęłam otrzymywać coraz więcej zleceń od stołecznych klientów. Przeprowadzka była naturalną konsekwencją, dużym ułatwieniem współpracy. Mieszkam w Warszawie od 5 lat i bardzo dobrze się tu czuję. Lubię stolicę, choć część mojego serca na zawsze pozostanie w Łodzi.

Czy w pracy ilustratorki spotykasz się z jakimiś trudnymi w ominięciu przeszkodami?

Jak każdy zawód artystyczny, praca ilustratorki ma bardzo niestabilną naturę, ponieważ podlega ocenom gustu, a talent trudno jest jednoznacznie ocenić. Na razie udaje mi się sprostać oczekiwaniom klientów, a trudne wyzwania dają mi szansę rozwoju. Bardzo się z tego cieszę, choć wiem, że taka sytuacja może ulec zmianie. Staram się więc maksymalnie ją wyzyskać, by móc się rozwijać, nie stać w miejscu. Największym wyzwaniem jest dla mnie wycenianie pracy i określanie zakresu praw do jej wykorzystania. Niestety, nie ma w Polsce ustalonych stawek wynagrodzeń dla ilustratorów, a postawa wielu klientów jest bardzo roszczeniowa.

The Walk

Dla kogo zatem pracujesz?

Być może zabrzmi to naiwnie, ale pracuje przede wszystkim dla siebie. Tylko taka postawa gwarantuje radość z wykonywanej pracy. Otrzymuję propozycje współpracy z Polski i zagranicy o różnym charakterze, od zleceń typowo komercyjnych aż po offowe, z pogranicza sztuki i projektowania. Nie tylko ilustruję i projektuję, ale także prowadzę warsztaty i organizuję wystawy. To właśnie wyjazdy i spotkania z innymi pasjonatami są dla mnie źródłem największej inspiracji.

Gdybyś miała opowiedzieć o jednej spośród wielu prac, które wykonałaś, takiej, która była dla ciebie największym wyzwaniem – co by to było?

Dla mnie każda praca jest szczególna, trudno wybrać jedną… Największym wyzwaniem w sensie formalnym była dla mnie praca nad ilustracją książkową do kryminału „Miami Blues” Charlesa Willeforda. Warunkiem powodzenia tej pracy było zaprzyjaźnienie się z bohaterami, rytmem narracji, atmosferą tekstu…

Paleolitic

Współpraca z Pan tu nie stał była więc dla ciebie jakimś szczególnym wyzwaniem, czy raczej przedłużeniem tego, czym normalnie się zajmujesz?

Współpraca z Pan tu nie stał była dla mnie fantastyczną szansą zmierzenia się z tradycją projektowana czasów PRL-u. To nostalgiczny powrót do stylistyki, która odbiorcom marki PTNS kojarzy się z dzieciństwem – z ilustracjami w bajkach, opakowaniem cukru, z typografią z wieczorynki czy ręcznie malowanymi szyldami sklepowymi. Jest interpretacją powszechnie znanych motywów, poszukiwaniem polskiej tożsamości w projektowaniu graficznym. Owocem tej współpracy są ilustracje mojego autorstwa, które ludzie na co dzień noszą na sobie! To dziwne, ale bardzo miłe uczucie, gdy stoję w warszawskim metrze obok kogoś, kto jest ubrany w koszulkę z napisem „dziadostwo”, „zołza” czy „absztyfikant”, który zaprojektowałam dla firmy z mojego rodzinnego miasta.